Karolina i Adam Dobrzyńscy chcą spędzić Boże Narodzenie z synem Kajetanem, który mieszka w Krakowie. Do rodzinnego spotkania przygotowują się w nietypowy sposób: 24 września wyruszyli pieszo z Warrington w Anglii do Krakowa. Po niemal roku rozłąki marzą o wspólnej Wigilii i czasie spędzonym razem.
Wyprawę nazwali „Home to home”, ponieważ prowadzi z domu, w którym Kajetan dorastał, do jego obecnego miejsca zamieszkania. Drugi syn małżonków, Kornel, pozostał w Anglii. Karolina zabrała od niego białą sowę, którą nosi w plecaku, a z miejsc noclegowych wysyła mu pocztówki. Dzięki temu podtrzymuje kontakt także z nim i daje mu znać, że o nim myśli.
Samolot pozwoliłby dotrzeć do Krakowa szybciej i mniejszym kosztem, ale Dobrzyńscy wybrali marsz, bo ważna jest dla nich również sama podróż. Nie ścigają się z czasem ani nie próbują niczego udowodnić. Chcą we własnym tempie poznawać mijane miejscowości, obserwować otoczenie i próbować regionalnych potraw.
Przez Anglię dotarli do Francji, następnie do Belgii. W chwili rozmowy znajdowali się w Holandii. Po drodze przyglądali się wielokulturowym miastom, miejscowej twórczości i kuchni. Karolina szczególnie zapamiętała belgijską zabudowę, a Adam miejsca, do których prawdopodobnie nie dotarliby samochodem ani samolotem. Zaskoczyły ich czarne wiewiórki i hodowane w Belgii kangury.
Nie brakowało spotkań z ludźmi zainteresowanymi ich celem. W jednym z belgijskich sklepów o podróż wypytywało ich dwóch pracowników, a jeden z nich zapłacił za zakupy małżonków, traktując to jako prezent na dalszą drogę. Spotkali również starszego mężczyznę, który chciałby wędrować, ale nie pozwala mu na to zdrowie. Para obiecała, że przejdzie kolejne 100 kilometrów z myślą o nim.
W Holandii ochroniarz sklepu zapytał Dobrzyńskich, gdzie może obserwować ich wyprawę. Od osób śledzących podróż otrzymują też wiadomości i życzenia powodzenia.
Codzienny marsz i przygotowania do kolejnych etapów
Adam odpowiada za planowanie trasy, sprawdzanie noclegów i miejsc, w których można kupić jedzenie. Małżonkowie wstają około szóstej, a zazwyczaj przed dziewiątą rozpoczynają marsz. Publikują też relacje z wydarzeń i miejsc poznanych poprzedniego dnia.
Przeciętnie przechodzą około 30 kilometrów dziennie. Zajmuje im to od sześciu do dziewięciu godzin, zależnie od długości odcinka, przewyższeń i terenu. Gdy coś ich zainteresuje, zatrzymują się, by lepiej poznać okolicę.
Po pokonaniu 900 kilometrów odczuwali już trudy wędrówki. Dokuczały im zmęczenie, monotonia, ciężar plecaków i ból nóg. Zdarzało się również, że do sklepu albo noclegu pozostawał jeszcze spory dystans. Przekonali się, że przewidywanie takich trudności różni się od ich rzeczywistego doświadczenia. Motywuje ich świadomość, że każdy ukończony etap przybliża ich do Krakowa i wzmacnia wiarę we własne możliwości.
Do długich marszów dochodzili stopniowo. Osiem lat temu Karolina poważnie zachorowała i trafiła do szpitala. Po tym doświadczeniu małżonkowie zaczęli spacerować, z czasem wydłużając dystanse: od krótszych tras, przez maraton, po 50 i 84 kilometry.
W lipcu tego roku przeszli 100 kilometrów w nieco ponad 20 godzin. Wcześniej Karolina poprosiła męża, by zamiast kwiatów na imieniny podarował jej wspólną wędrówkę na takim dystansie. Adam się zgodził, a po jej ukończeniu zaczęli zastanawiać się nad kolejnym celem.
Mieli już wtedy za sobą wędrówki wzdłuż rzek i kanałów, trzy przejścia Anglii od jednego wybrzeża do drugiego oraz obejście wyspy Anglesey. W ramach projektu obejścia wybrzeża Wielkiej Brytanii pokonali dotąd 8,5 tysiąca kilometrów. Wyprawa do Krakowa jest dla nich kolejnym sprawdzianem, ale przede wszystkim sposobem na spotkanie z synem, za którym tęsknią.
Na realizację planu mogli przeznaczyć więcej czasu po zakończeniu innego etapu życia. W sierpniu zamknęli firmę e-commerce, którą prowadzili w Anglii przez ponad dekadę. Na szlaku znajdują spokój, przestrzeń i poczucie wolności. Chcą też pokazać swoim dorosłym dzieciom, że można wybierać własną drogę i rozpoczynać nowy etap w różnym wieku.
Źródło: Urząd Miasta Krakowa
